Oddając swój blask – recenzja „Żony” Meg Wolitzer

Nieczęsto zdarza się, by pierwsza strona książki wbiła w fotel i przearanżowała zaplanowany już dzień. „Żona” jest jedną z takich powieści.  Meg Wolitzer wie, jaką historię chcę opowiedzieć. I pewność tę czuć już od pierwszych zdań – w konstrukcji narracji, w subtelnej metaforyce, w konsekwencji budowania obrazu bohaterów, którzy z każdym kolejnym słowem stają się coraz bardziej trójwymiarowi. Kim jest tytułowa żona? Dlaczego opowieść o kobiecie żyjącej w mizoginistycznych latach pięćdziesiątych jest ważna dla nas, kobiet XXI wieku?

Główną bohaterkę, Joan Castelman poznajemy w momencie, w którym literacka kariera jej męża – Joego Castelmana sięga szczytu. Znajdując się ponad chmurami w rozpędzonym samolocie żona podejmuje decyzję o rozstaniu. Przez kolejne strony powieści poznajemy historię ich małżeństwa, widzimy sieć układów, pozorów i tajemnic, które mają tworzyć iluzję szczęścia.
Zostajemy wrzuceni w środek świata należącego do mężczyzn. Mężczyzn nie zdających sobie sprawy z tego, że świecą tylko odbitym blaskiem swoich kobiet. Przyglądamy się towarzyskiej grze pełnej zakłamania, obserwujemy strojących się w piórka samców alfa i ich ciche, obdarzone niezwykłą mądrością żony, znajdujące swoje miejsce w zacisznym rogu pokoju lub w kuchni.

Od pierwszych stron powieści zwracamy uwagę na dualistyczne przedstawienie zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Kobiety z jednej strony – cierpliwe, posłuszne, ciche, wierzące w to, że pomagając swojemu mężowi pomagają całej swojej rodzinie, także sobie; z drugiej – pewne siebie, nie godzące się na reguły rządzące światem, pijące whisky i głośno mówiące o swojej seksualności. Jedną z takich wyzwolonych kobiet jest pisarka Elaine Mozell – pierwsza feministka, z jaką spotyka się na studiach Joan. Jej słowa podsumowujące rynek wydawniczy i przekonanie o wyższości płci męskiej nad żeńską doskonale obrazują przedstawione w powieści nastroje.

Ale mężczyźni, ze swymi wielkimi retrospektywami, wielkimi książkami, w których pragną zawrzeć w s z y s t k o, wielkimi garniturami i wielkimi globusami są zawsze hojniej nagradzani. To oni są ważni. A wiesz dlaczego? (…) Bo sami tak twierdzą!

To, co jest najciekawsze i niezwykle elektryzujące w postaci głównej bohaterki to wewnętrzna walka i brak poczucia przynależności do którejkolwiek z wyżej wymienionych grup. Sprzeczność ta osiąga swoje apogeum w momencie, gdy Joan znajduje się po jednej stronie ulicy razem z innymi żonami, ubranymi w takie same, modne wówczas apaszki i sukienki, z grzecznie ułożonymi na piersiach rękoma. Po drugiej stronie ulicy dyskutują mężczyźni w towarzystwie krzykliwie ubranej dziennikarki, która została dopuszczona do „męskiego” świata. Całości zdarzenia towarzyszy refleksja głównej bohaterki – młodość Joan przypadała na zupełnie inne czasy, w których dominacja mężczyzn była niepodważalna. Zmieniający się świat otwierał przed kobietami kolejne szanse, skierowane jednak głównie dla kobiet młodych. Decyzja głównej bohaterki o odejściu od męża była symbolicznym i koniecznym odcięciem się od ery charakteryzującej się posłuszeństwem płci żeńskiej, wymagała olbrzymiej odwagi w podjęciu próby odnajdywania swojej kobiecości na nowo. Zanim jednak nastąpił ten przełom, Joan pełniła przede wszystkim rolę oddanej matki i wiernej żony, wcześniej zaś – zagubionej studentki, której nikt nie nauczył, że kobiecość to także siła, prawo do decydowania o własnym losie, a także poczucie solidarności z przedstawicielkami swojej płci.
W roku 1956 studiującą Joan otaczał świat, w którym kobiety musiały nieustająco podejmować próby przekraczania granic, negocjować każde wyjście z domu, podczas gdy mężczyźni wychodzili wtedy, gdy mieli na to ochotę, brali kobietę, gdy mieli ochotę, żenili się, gdy mieli ochotę, a potem równie ochoczo i bez poczucia winy zdradzali.
Kolejne pokolenie – którego przedstawicielką była córka Joan – Susannah – nie chce dzielić losu swoich matek, szuka miłości pełnej romantycznych uniesień i porozumienia dusz. Nie rozumie, jak można tkwić w niesatysfakcjonującym związku.

(Susannah) nie wiedziała nic o tej całej subkulturze kobiet, które decydują się nie odchodzić, które nie potrafią logicznie wytłumaczyć swojej wierności i posłuszeństwa, które kurczowo trzymają się swojego miejsca, bo czują, że daje ono komfort, że właściwie je lubią, że nie mają nic innego.

Młoda Joan zdawała się nie wiedzieć tego, czym jest miłość. Nauczona ufności i poddania, nie dała sobie szansy na odkrywanie własnych potrzeb. Rzucając się w wir romansu nie czuła się zakochana. Nie czuła nawet pożądania. Czuła natomiast, że musi poddać się mężczyźnie, któremu z taką łatwością przyszła zdrada własnej żony, który z taką łatwością ukradł jej pierwszy pocałunek.
Jednak już będąc młodą dziewczyną wiedziała o swoim największym talencie – o tym, że potrafi świetnie pisać. Wiedział o tym również Joe. Dopóki Joan nie została j e g o kobietą, mogła świecić swoim własnym, pełnym światłem. Wchodząc w jego posiadanie, miał prawo jednak nadać jej nową rolę. Rolę żony. Wspierającej, nie wychylającej się do świata. W powieści niejednokrotnie pojawia się motyw mężczyzn bojących się silnych kobiet. Samców alfa, którzy za wszelką cenę nie mogą pozwolić na to, by kobiety odkryły własną, ogromną siłę. Dlatego konsekwentnie, dzień po dniu, kawałek po kawałku podcinają im skrzydła, nie pozwalając wychodzić z roli Westy.

Po prostu jestem obecna, w podomce i kapciach, spokojna i słucham (…). Zawsze się starałam, by czuli moją bliskość, i David, i jego siostra Susannah i Alice. I byłam w tym dobra. Przemawiałam do nich łagodnym głosem, a gdy trzeba było, głaskałam po głowie lub przynosiłam do łóżka szklankę wody. Teraz Joe zapragnął, bym pogłaskała go po głowie.

Ciepło i troska, jaką otacza swoje dzieci Joan przenosi się także na jej męża, który odrzuciwszy barwne piórka tuż po przyjściu do własnego domu, kuli się i domaga codziennej porcji pieszczot.
Joe obrazuje wspomniany wcześniej dualizm w pełnej krasie. Niesamowicie podoba mi się metaforyczność w przedstawianiu rodu męskiego. W momentach, w których tworzą zbiorowość – podczas literackich spotkań, wieczorów w barze, wspólnym świętowaniu – opisy obfitują w symbolikę zwierzęcą. Mężczyźni nie jedzą – żrą, ogryzając kostki, wysysając szpik, zachlapując prane potem usłużnie przez swoje żony koszule czerwonym winem i tłuszczem mięsa. Mężczyźni nie rozwiązują konfliktów po ludzku – mężczyźni rzucają się na siebie z pięściami, splątani kończynami, niczym dwa walczące ze sobą niedźwiedzie, lub oszalałe koguty. Wreszcie – mężczyźni nie kochają się z kobietami. Oni uprawiają z nimi seks nastawiony na własne spełnienie, nie potrafiąc (nie chcąc) zapanować nad pierwotnymi instynktami zapłodnienia jak największej liczby samic. Ta męska zwierzęcość skontrastowana jest z ich bezradnością porównywalną do bezradności małego dziecka. Tak jakby przychodząc do domu, zdejmowali osłaniający ich wątłe (pozbawione kręgosłupa moralnego) ciało i kulili się na kolanach własnych, pełnych miłości żon.

Ciągła potrzeba aprobaty i tulenia, pieszczot i zapewniania o własnej wspaniałości męczy wszystkie przedstawione w powieści żony. Obcująca na co dzień ze zwierzęcością Joego Joan tęskni do delikatności, zastanawia się, jak wyglądałoby jej życie, gdy zamiast obdarzonego obwisłym brzuchem i zadufaną w sobie facjatą męża, budziła się obok pełnej miłości i zrozumienia kobiety. W powieści niczym krople rosy, osadzone zostały fragmenty pełne delikatności, a także motywów roślinnych, wyróżniające się pośród rzeczowego, ostrego i wręcz „męskiego” stylu. Dotyczą one tęsknoty za towarzystwem kobiet – nie podszyte jednak seksualną aluzją. „Żona także potrzebuje swojej żony” stwierdza w pewnym momencie główna bohaterka.
Pragnienie kobiecego ciepła nie ma nic wspólnego z bliskością łączącą kobiety i mężczyzn. Pożądanie zdaje się być zarezerwowane tylko i wyłącznie dla tych drugich. Seks opisany w „Żonie” jest pozbawiony namiętności, a opis pierwszego razu Joan wręcz poraża chłodem przez określenia takie jak: „skóra zimna jak u foki”, „pozwoliłam mu wpychać się w siebie”, „gumowy kaptur”, „lodowato zimne stopy”. Ciepło, które charakteryzuje Joan krzepnie także po samym akcie – przeżywa rozczarowanie, gdy jej wybranek nie rozmawia z nią o niczym, co nie dotyczyłoby jego własnej osoby.
O czym rozmawiają mężczyźni? W jaki sposób to robią? To temat zobrazowany w powieści kompleksowo. Sposób przedstawienia męskich wypowiedzi przypomina ujęcie Rebeki Solnit w publikacji „Mężczyźni objaśniają mi świat”. Ich głosy są pociągające, mądre i głębokie, nawet jeśli to, co mówią nie jest oni mądre, ani głębokie. Rozmawiając o twórczości pisarek – zajmują się krytyką nie literatury, lecz…wyglądu autorek. Prowadząc ze sobą dyskusję deprecjonują obecność kobiet. W gronie mężczyzn traktują kobiety jak zabawki, służące lub łase na pochwały (dotyczące, oczywiście, tylko takich przyziemnych czynności jak ugotowanie placków ziemniaczanych) dzieci.
Podczas jednej z takich dyskusji, Joan zostaje wepchnięta w ramy posłusznej, dobrodusznej kobietki o małym rozumku, a znajomy jej męża przekracza także jej fizyczne granice – dotyka ją sugestywnie w ramię..
Joan zauważa, że
kobiety bąkną lub wykrzyczą swoje „nie” albo wycofają się bez słowa, a mężczyźni albo ich usłuchają, albo nie – tak jest urządzony świat.
Tu na moment przerwałam lekturę i pozwoliłam sobie na chwilę refleksji. Czy coś się w tym aspekcie zmieniło? Dlaczego drobny gest, dotyk w ramię wyprowadził Joan z równowagi, zburzył jej świat? Wśród grzmiących, przeważających liczebnie facetów czujemy się samotne.
 
Meg Wolitzer rozprawia się także ze stereotypowym i powszechnie występującym przekonaniem o tym, że to kobiety mówią więcej.

Mężczyźni mówią jak najęci, dzień i noc, jakby tkwił w nich nieskończony rulon słów, który rozwijał się i wzlatywał zdaniami przez ich usta. Aroganccy! Pewni swego, nawet jeśli nie mieli racji.

Styl męski, czyli zagarniający cały świat, łupiący wszystkich i wszystko po drodze widoczny jest nie tylko w sposobie mówienia, ale także w konstruowaniu tekstów literackich. Teksty męskie, czyli pełne nowych, długich wyrazów, pełne elementów biograficznych, pewności siebie i niezwykle egocentryczne. Mówiąc za Agnieszką Graff – pełne męsplikacji. Niektórzy z moich znajomych pytają mnie, dlaczego uważam, że feminizm wciąż jest potrzebny. Cóż, będzie potrzebny dopóki wszyscy nie uzyskamy wspólnej przestrzeni. Przestrzeni do mówienia, do pisania, do słuchania, do uczestnictwa, do posiadania praw, do bycia szanowaną, pełną i wolną istotą ludzką. Pora zatrzasnąć drzwi za tamtą epoką. Zdecydować się ją zostawić za sobą, tak jak zdecydowała Joan w samolocie.

Każdy wie, jak kobiety potrafią iść naprzód, jak marzą, kreślą plany, obmyślają receptę na lepszy świat, mają dziesiątki pomysłów, a potem nagle gubią je wszystkie w drodze do kołyski w środku nocy, w drodze do sklepu, w drodze do łazienki. Gubią je bezpowrotnie, zostawiając daleko za sobą, wydeptując jednocześnie ścieżkę, którą potem kroczą mąż i dzieci.

Jako kobiety możemy decydować o sobie, o tym, czy chcemy rozwijać karierę, mieć dzieci, wyjść za mąż, coraz częściej to mężczyźni decydują się na urlop tacierzyński, z ogromną zapalczywością przekonując samych siebie, że to także może być „męskie”. Wielki świat wpuszcza nas do siebie. A przynajmniej – to się zdarza.
W Joan płonął ogromny, jasny i gorący płomień. Temperament – który nie mógł znaleźć ujścia. Ciepło i pragnienie kobiecego towarzystwa – niezrealizowane, zawiedzione przez siebie samą w młodości. Talent – który nie zabłysnął. Skupiona na podsycaniu ognia swojego męża, nie zauważyła, że oddaje mu w zamian siebie całą. Joe ograbiał ją z jej własnego blasku – by wreszcie zgasła, nie mogąc zapłonąć prostym, jasnym płomieniem.

Feminizm, jak zauważyła pisarka Marie Sheer w 1986 roku „to radykalny pogląd, że kobiety są ludźmi”. Pogląd, którego nie przyjęto jeszcze powszechnie, mimo że jesteśmy tego coraz bliżej. Kobiece nieistnienie nadal przybiera wiele postaci. Powieść „Żona” to powieść o naszej sile – ponadczasowej, wielkiej i nieskończonej. I koronny argument za tym, że feminizm jest potrzebny nam wszystkim jak powietrze.


Udostępnij