Jaka jest twoja udręka? Przedpremierowo o „Pełni miłości” Sigrid Nunez

„To najsmutniejsza historia, jaką kiedykolwiek słyszałem” – tak brzmi pierwsze zdanie głośnej książki „Dobry żołnierz” Forda Madoxa Forda. Autorka „Pełni miłości” (tłum. Dobromiła Jankowska) – Sigrid Nunez wielokrotnie przytacza te słowa przeprowadzając nas przez mikrohistorie zbierane w ciągu życia przez dwie główne bohaterki powieści. Smutne historie wplecione są w opowieść – wydawać by się mogło – o największym natężeniu smutku, to jest w historię umierania jednej z przyjaciółek, u której wykryto nowotwór. Paradoksalnie, to ta opowieść ma w sobie najwięcej ciepła. Poznając kobietę decydującą się na eutanazję poznajemy życie odarte ze wstydu, z masek, przybierania póz. Widzimy esencję przyjaźni, codzienność utkaną z „kropel deszczu na różach i wąsów kociąt” – jak nuci narratorka „Pełni miłości” wybierając ten wers z piosenki My Favourite Things. 

Po nagrodzonym National Book Award „Przyjacielu” Sigrid Nunez pisze książkę pozbawioną wartkiej akcji fabularnej, jednak niebanalnie wielowątkową, wypełnioną odnośnikami do innych dzieł literackich, filmowych, muzycznych. Zachęcającą do dalszych poszukiwań. 
Gdyby ktoś opowiedział mi o tym, że czyta powieść o kobiecie chorującej na raka, w której to książce występują długie opisy wykładów o rychłym końcu świata, zmianach klimatycznych, braku nadziei dla potomków, a wszystko okraszone jest cytatami z Kafki, Faulknera i… Platona, chyba nie uwierzyłabym, że na 200 stronach da się wątki te przedstawić zgrabnie i bez pretensjonalności. A już na pewno nie założyłabym, że książka ta stanie się jedną z lepszych pozycji, które przeczytałam w życiu. 

„Lucy, Ethel i eutanazja”

Nowotwór kojarzy się z walką między chorym a chorobą, z nieustannym cierpieniem, z fałszywymi hasłami o tym, że „wszystko będzie dobrze”, gdy wszystko wskazuje na to, że dobrze nie będzie nic. Sigrid, będąca przez kilka lat asystentką Susan Sontag, zainspirowana esejem mentorki „Choroba jako metafora”, w nosie ma couchingowe motywowanie do trzymania gardy, skutkujące przerzuceniem całej odpowiedzialności za chorobę na pacjenta. 

Chora mówi narratorce: 

Tak to jest z ludźmi. Bez względu na okoliczności chcą, żebyś walczył dalej. Tak nauczono nas patrzeć na nowotwór, jak na walkę między pacjentem a chorobą, czyli między dobrem a złem. Można działać właściwie i niewłaściwie. Jak człowiek silny i słaby. Jak wojownik i tchórz. Jeśli przetrwasz, jesteś bohaterem. Jeśli przegrasz, cóż, może nie walczyłeś wystarczająco zaciekle. Nie uwierzyłabyś, czego się nasłuchałam o tym czy innym chorym, który nie przyjąłwyroku śmierci, jaki wydali na niego ci „okropni, głupi lekarze” i otrzymał jeszcze wiele, wiele lat życia. Ludzie nie lubią słyszeć słowa „śmiertelny” – ciągnie. – Nie chcą słyszeć „nieuleczalny” czy „nieoperacyjny”. Twierdzą, że to sianie defetyzmu. Mówią bezsensowne rzeczy, takie jak: „Dopóki żyjesz, zawsze jest szansa” albo „Cuda w medycynie zdarzają się codziennie”, jakby nieustannie śledzili badania naukowe. Mówią, że jeśli wytrzymasz, to kto wie, może odkryją odpowiednie lekarstwo na twoją chorobę. Nie miałam pojęcia, że tylu inteligentnych, wykształconych ludzi żyje iluzją, że lek na raka pojawi się lada moment. 

Dlatego też, przyjaciółka, nie chcąc czekać, aż rak powoli zabijając ją pozbawi ją zmysłów i zdrowego rozsądku, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Tygodnie spędzone przed śmiercią obfitują w niepozbawione czarnego humoru rozmowy brzmiące jak fragmenty telewizyjnego sitcomu (nazwanego nawet przez przyjaciela jednej z nich „Lucy, Ethel i eutanazja”), ale także w zamyślenie się nad kondycją współczesnego świata i nad samotnością towarzyszącą stale starości. 

O zagładzie życia na Ziemi i rychłym, pewnym końcu naszego gatunku dowiadujemy się z serii wykładów przeprowadzanych przez byłą miłość jednej z bohaterek. Wykładowca mówi o konieczności zaprzestania płodzenia dzieci, Zadaje pytania o to, czy w przerażająco szybkim tempie nie zbliżamy się do czasu, gdy jedynym rozwiązaniem przeludnienia wyeksploatowanej, wyniszczonej planety będą zbiorowe samobójstwa.  Mężczyzna nie widzi dla ludzkości już żadnej nadziei. 

Cyberterroryzm. Bioterroryzm. Nieuniknione nadchodzące pandemie grypy, na które w oczywisty sposób nie jesteśmy przygotowani. Nieuleczalne zabójcze infekcje wywołane bezkrytycznym nadużywaniem antybiotyków. Dojście do władzy skrajnie prawicowych reżimów na całym świecie. Upowszechnienie propagandy i oszustwa jako strategii politycznych i podstaw polityki rządowej. Niemoc w walce ze światowym dżihadyzmem. Zagrożenia dla życia i wolności wszystkiego, co można nazwać cywilizacją, kwitną. Z drugiej strony niewiele jest środków, za pomocą których można je powstrzymać… – rozkręcał się profesor.

Przyjaciółki zastanawiają się nad katastrofą końca świata, jednocześnie pokładając nadzieję w możliwym jeszcze budowaniu wspólnoty, wzajemnej trosce, edukacji. W końcu czy można żyć bez nadziei? 

Sensem życia jest to, że się kończy.

Jesień, a nawet zima życia u Nunez nie jest wypełniona ciepłem domowej szarlotki przygotowywanej z wnuczkami, pieleniem ogródka, miłością między dwoma, wspólnie starzejącymi się partnerami. Jest pełna samotności, spędzana obok drugiej osoby, oddalona, pełna poczucia niespełnienia życia. Poznajemy historie staruszki pukającej stale do drzwi młodej sąsiadki i narzekającej na hałas, którego nigdy nie było (by zwrócić uwagę na swoje nieszczęście), opowieść o profesorze, który poświęcił młodość obronie praw człowieka, a na stare lata był w stanie wymówić tylko kilka piskliwych słów, z których jedno brzmiało „pedał”, a drugie „czarnuch”. 

Co jest sensem twojego życia?
– Rodzina.
– Miłość.
– Postępować właściwie.
– Być dobrym człowiekiem.
– Pozytywne nastawienie i spełnianie marzeń.
– Sensem życia jest to, że się kończy. Oczywiście taką odpowiedź
musiał wymyślić pisarz. I oczywiście musiał to być Kafka.

„Bądź życzliwy, ponieważ każdy, kogo spotykasz, z czymś się zmaga” przypomina Nunez za Platonem i pyta „„Quel est ton tourment?”
(w tłumaczeniu: „Przez co przechodzisz?”). Kiedy Simone Weil twierdziła, że zadanie tego pytania oznacza prawdziwą miłość bliźniego, pisała w ojczystym francuskim. A po francusku sens tego wielkiego pytania brzmi: „Jaka jest twoja udręka?” Podobno, gdy ma się trudny czas, najlepszym, co można zrobić, to pomóc innej osobie w jej własnej udręce. 


Niesamowicie jest czytać książkę, która mimo poruszającej tematyki, spełnia zadanie, jakie według Faulknera ma przed sobą literatura – to jest – pokrzepiać. Być może – cytując za autorką – „Bez względu na to, jak jest smutna, pięknie opowiedziana historia zawsze podnosi na duchu” Przepiękna powieść, która będzie wybrzmiewać we mnie jeszcze przez długi czas. 

Udostępnij